W zasadzie to o czym teraz będę pisał, można uznać za „pomroczność jasną”. Albowiem czytając jedną z wypowiedzi jakiej udzielił na Forum w Davos, Pan Li Daokiu, profesor ekonomii na Tsinghua University i doradca do spraw polityki banku centralnego Chin, miałem niejasne uczucia, czy przypadkiem nie natknąłem się na coś niezwykle ważnego. Ale z drugiej strony, gdyby to zdanie było tak ważne jak ja sądzę, to wówczas pół świata o tym by mówiło. A nie tylko nie mówi nikt. Jest tak, jakby ono nigdy nie zostało wypowiedziane. A zdanie brzmi:

Juan zbliża się to stanu równowagi.

 

Szczegóły można zanleźć tutaj-http://polish.cri.cn/561/2012/01/28/27s108092.htm- dodano 02.02.2012

 

Ci którzy choć trochę zajmują się Chinami, choćby z racji kontaktów handlowych, wiedzą o czym mówię. Lub makroekonomiści. Jakie to jest niesłychanie ważne. Dla CAŁEGO ŚWIATA! Jeśli to jest prawda, a trudno mi uwierzyć w to, żeby to był blef, to za CHWILĘ będziemy mieli sytuację podobną do tej, którą obrazuje powyższy wykres nr. 1, PRZED lipcem 2010. Otóż kurs dolara w stosunku do juana przestanie spadać. Stanie się w miarę stabilny.

I tutaj dotykamy przynajmniej trzech niezwykle ważnych spraw.

Po pierwsze, KIEDY to się stanie? Kiedy kurs dolara w stosunku do juana osiągnie stan równowagi.

Po drugie, na jakim poziomie to się stanie?

Po trzecie, dlaczego tak się stanie?

Na wszystkie te pytania odpowiadam: NIE WIEM.

I jeśli ktoś powie, że zna odpowiedzi na choćby jedno z tych pytań, to oznacza, że jest bufonem, którego nie warto słuchać. Dlaczego? Otóż dlatego, że odpowiedź na te pytanie jest równocześnie odpowiedzią na pytanie o politykę handlową ChRL w stosunku do świata. Jak już napisałem- całego świata. Bo proszę mi pokazać kraj z którym Chiny NIE nawiązały stosunków handlowych. Więc odpowiedzi na zadane pytania, będą determinowały wielkość, poziom i strukturę wymiany handlowej z każdym z chińskich kontrahentów. Bez wyjątku. W tym również polskich.

Odpowiedź na to pytanie zna kilku, może kilkunastu decydentów w Pekinie.

Ale żeby zrozumieć proces zatrzymania się spadku kursu dolara w stosunku do juana , należałoby sobie przypomnieć, co takiego się stało, iż ten kurs zaczął się zmieniać od 2005. Że juan zaczął powoli zyskiwać na wartości.

Otóż patrząc się na wykres nr.2, który zaczyna się w 2005, należy zwrócić uwagę na to, że przed 2005 rokiem kurs dolara w stosunku do juana był sztywny. Co wówczas się stało, ze juan zaczął zyskiwać na wartości? A no, rząd USA wywarł presję na władze ChRL, aby te pozwoliły juanowi trochę się umocnić. Władze USA były pewne, że jeśli juan się wzmocni, to siłą rzeczy osłabi się dolar i wymiana handlowa między USA a Chinami nie będzie wyglądała jak mecz do jednej bramki. Bo Chiny eksportowały do USA ogromne ilości towarów, a USA eksportowała do Chin tych towarów co kot napłakał ( z premedytacją nie będę używał cyfr, żeby nie wytrącać czytelnika z rytmu myślenia, a dane są ogólnie dostępne). Nie mogło być inaczej, skoro za mocnego dolara kupowało się dużo towaru.

 

 

Teoretycznie wszystko się zgadzało. Ale życie pokazało „gest Kozakiewicza”. Juan drożał, dolar się taniał...a chiński eksport do USA jak rósł poprzednio, tak rósł dalej, tyle że mocniej. Jak eksport z USA do Chin malał, tak malał dalej. No i masz babo placek. Oczywiście winny temu były nie kursy wymiany walut, a ceny. A właściwie różnice cen po obu stronach Pacyfiku. Również fakt „wyprowadzania się” produkcji z USA do Chin. I jeszcze kilka drobiazgów. Efekt był taki, że mimo amerykańskiego gadania o tym, że juan jest niedowartościowany, nie dało się za żadne skarby, zbilansować wymiany między tymi krajami. Żeby już być zupełnie szczerym- z nikim nie udała się ta sztuczka. Wyglądało to, jak próba zawracania Wisły kijem.

 

Ale kurs usd/cny spadał. Spadał do momentu, gdy w 2008 r. Władze ChRL zrozumiały, że bessa/stagnacja/recesja które pojawiły się na horyzoncie w USA spowodują problemy w samych Chinach i Stanami Zjednoczonymi zajmować się teraz nie warto. Nie ten czas. Trzeba się zająć swoimi problemami. I słusznie. Bessa w USA przeszła w kryzys i to bardzo ostry, eksport z Chin do tego kraju spadał na łeb na pysk, zakłady w Chinach masowo zwalniały ludzi. Chiny ratowały się pakietem stymulacyjnym ok. 600 mld.$ przeznaczonym na pobudzenia inwestycji i popytu wewnętrznego, więc nie był to dobry czas na to, żeby Amerykanom i komukolwiek innemu na świecie „robić dobrze”. Kurs wymiany, jak widać na wykresach stanął na jednym poziomie. I stał dosyć długo. Prawie dwa lata.

 

Aż departament handlu USA wymyślił, że trzeba coś wreszcie zrobić z tym pogłębiającym się deficytem w wymianie handlowej z Chinami. Zaczęto wymyślać „wojnę walutową”, sankcje przeciwko Chinom i takie tam pierdoły. W efekcie tego amerykańskiego gadania, bo trudno to uznać za efekt myślenia, Chiny zdecydowały się znowu wzmocnić swoją walutę. Bez żadnego widocznego efektu- bo jak wcześniej napisałem- po 2005 roku, też nie przyniosło to żadnego efektu. Po prostu, problem tkwił gdzie indziej. Tyle, że teraz już nie tylko chodziło o wymianę handlową z zagranicą, ale również o wzrost spożycia wewnętrznego w kraju.

No i tak to się dzieje do tej pory.

 

Ale jako się rzekło, nadchodzi kres wzrostu juana względem dolara.

 

To o czym poprzednio pisałem, są to czynniki ekonomiczne. Ale jeśli ktoś myśli, że w tym najlepszym ze światów coś obędzie się bez czystej polityki- to się grubo myli.

 

Zerknijmy za siebie i przypomnijmy sobie, co dzieje się od jakiegoś czasu- no powiedzmy kilkunastu miesięcy- w basenie zachodniego Pacyfiku. America redidivus! Amerykanie, którzy dostawszy tęgie baty w Iraku i Afganistanie, zorientowali się, że w tym samym czasie, gdy wyrzucali setki miliardów dolarów w piaski w/w państw, Chiny stały się potęgą gospodarczą. A biednym Amerykanom wiatr w oczy dmie i nie chce przestać. Słowem, rząd USA zdecydował się zmienić front walki. Dał spokój Irakijczykom i za chwilę da spokój Afganom. Przerzuca wszystkie swoje wysiłki i zainteresowanie na zachodni Pacyfik. Do Australii i dalej Azji południowo- wschodniej więc Wietnam, Filipiny, Maleja, Singapur, Indonezja i dalej Azji Południowej czyli Birma, Indie ale również tradycyjni sojusznicy jak Japonia i Korea Południowa. I to wszystko w jednym celu.

 

Tym celem jest powstrzymanie rozwoju gospodarczego Chin.

 

Przecież nikt tego ostatnio nawet nie kryje. Stworzona została nowa wieloletnia doktryna obronna, która zakłada przegrupowanie wszystkich sił- w tym z Europy również- właśnie na zachodni Pacyfik.

 

Przeciw Chinom.

 

Jak już wielokrotnie pisałem,tutaj,tutaj, itutaj, rząd ChRL nie ma szans i nawet nie próbuje przeciwstawić się potędze wojskowej USA. To jest i będzie jeszcze przez długi czas największa potęga militarna na świecie. Ale to wcale nie oznacza, że Chińczycy nie mają broni. MAJĄ.

Jest nią pracowitość, i drugiej takiej nie uświadczysz na całym Bożym świecie.

Jest nią potrzeba bogacenia się- po raz pierwszy od zawsze, tak wielkie rzesze ludzkie, dostały w Chinach do ręki narzędzie do zarabiania pieniędzy. 

Jest nią potrzeba życia w spokoju i pokoju, który w Chinach po tak wielu latach nędzy i wojen, nastała ostatnio. Jest wreszcie coś nowego w chińskiej mentalności- możliwość robienia interesów poza granicami kraju. Coś niebywałego w ponad cztery tysiące lat trwającej historii tej cywilizacji!

I jest jeszcze jedna broń, wcale nie tak słaba. JUAN.

To wszystko powoduje, że Chińczycy, acz nie uzbrojeni w czołgi, rakiety, lotniskowce i samoloty podbijają świat. Podbijają go handlując! Tej właśnie chińskiej ekspansji handlowej i dyplomatycznej, starają się i będą się jeszcze mocniej starały przeciwstawić Stany Zjednoczone.

 

Ale jak już napisałem, chińskim orężem jest również juan. Właśnie wchodzi do gry.