Gdy pisałem tekst o grze, którą rząd USA rozpoczął ostatnio na zachodnim Pacyfiku, grze która wprost i bez żadnych wątpliwości jest skierowana przeciwko HANDLOWYM interesom Chin na całym świecie, zdawałem sobie sprawę z tego, że są miejsca w Azji w których Amerykanom będzie łatwiej niż gdzie indziej, naciskać klawisze tego dyplomatycznego fortepianu tak, aby uzyskać żądany dźwięk. Czytaj: efekt.

I niewątpliwie do takich miejsc należy Birma której obecna nazwa brzmiMyanmar.
Jej wspaniałym znawcą w Polsce jest prof. Bogdan Góralczyk
Ale od początku. Od dawna, lub jeszcze dawniej, Birmą rządzą generałowie. Nie będę używał słowa junta, bo go nie lubię. Po prostu klika wojskowych trepów, którzy dorwali się do władzy. Za wyjątkiem Chile i gen.Pinocheta, nie znam żadnego przypadku rządów wojskowych, które jakiemuś krajowi przyniosły porządek, rozwój, nie wspominając o rozkwicie. Tak było i jest również w tym przypadku. O innych birmańskich „sprawach i sprawkach” można przeczytać u znawcy przedmiotu, jakim bez wątpienia jest p. Michał Lubina.
 
No więc, generałowie rządzili sobie spokojnie. No, może niezupełnie. Bo Birma to takie ciekawe państwo, na które składa się kilka narodów i kilkadziesiąt języków. Jak wiadomo z każdego innego punktu kuli ziemskiej np. Afryki, taki stan rzeczy musi generować niesnaski lub wręcz walki między stronami zamieszkującymi taką „szczęsna krainę”. Nie inaczej ma się rzecz w tym przypadku. Poszczególne plemiona, widocznie niezadowolone z istniejącego stanu rzeczy, walczą między sobą i z wojskami rządowymi. Pełna idylla. 
 
Tutaj wtręt: można mieć mi za złe, że nie użalam się nad tymi biedakami, którzy walczą o swoje racje. Tylko, niech mi ktoś pokaże takiego- oprócz mnie- kto się nad nimi NIE UŻALA. Wszyscy się użalają. Od zawsze. To oznacza, że ładnie jest się użalać, ale tzw. wspólnota międzynarodowa, która tak intensywnie użalała się i martwiła o ludność Iraku pod „haniebnym„ dyktatem niejakiego Hussaina, że nie wspomnę o próbie ulitowania się nad równie biednymi Afganami, nic nie zrobiła i nie robi w sprawie Birmańczyków. NO I CAŁE SZCZĘŚCIE! Chroń Ich Boże od tych, którzy się nad nimi użalają. Bo może to się skończyć tak jak w Iraku. Kilkaset tysięcy trupów. Lub w Afganistanie. Słowem, ja jestem z tych, co się nad nimi nie użalają...i zostawiam Ich w spokoju.
 
Ale, ale. Popełniłem kardynalny błąd. Napisałem powyżej, że „tzw. społeczność międzynarodowa...nic nie robi w sprawie Birmańczyków.” Otóż ta – niech ją jasny szlag trafi- społeczność międzynarodowa, zdecydowała się jednak coś zrobić dla biednych Birmańczyków. Myślicie pewnie, ze niesieni ideałami rewolucji francuskiej i amerykańskiej też, mając na ustach słowa o braterstwie narodów i temu podobne frazesy, faceci palący cygara po 123$ sztuka, zdecydowali się spojrzeć tę biedną i stłamszoną społeczność birmańską łaskawym okiem? I dać jej wolność i demokrację (może lepiej od razu truciznę)? Otóż niestety NIE. Ci czcigodni mężowie z USA zdecydowali, iż ten kraj jak żaden inny, nadaje się doskonale na miejsce bitwy ...z Chinami. Słowem, najlepiej posłużyć się biednym narodem birmańskim w swoich „szlachetnych” celach. No bo, po co samemu nadstawiać karku, kiedy przyjemniej siedzieć na Wall Street, mając do pomocy „osobiste sekretarki lub sekretarzy”, niż uganiać się po Birmie. Przecież lepiej to zrobią Birmańczycy. Znają teren.
 
Zadacie Państwo pytanie retoryczne: a co tam robią takiego ci Chińczycy, że chłopcy z Wall Street zagięli na nich parol? Nic specjalnego: HANDLUJĄ. I INWESTUJĄ.. Co zatem Amerykanom przeszkadzają chińskie inwestycje w Birmie? Dlaczego np. chłopakom z NY i Waszyngtonu nie przeszkadzają rosyjskie inwestycje w sektorze energetycznym w Europie? Dlaczego nie przeszkadzają ordynarne, postkolonialne zachowania Brytyjczyków na Malwinach? Odpowiedź jest śmiesznie prosta: ani w Europie ani na Malwinach nie ma ...Chińczyków. (Część powie- JESZCZE nie ma.) A w Birmie SĄ. No dobrze, ale z tego co napisałem, można by sądzić, że chłopaki z USA są uczuleni na Chińczyków. Może wystarczyłaby jakaś szczepionka, żeby Ich uodpornić? Niestety. Ci z USA tak mają. Ich niczego nie da się nauczyć. Nie nauczyli się ostatnio w Iraku, ani w Afganistanie. Wszędzie są najmądrzejsi i wiedzą najlepiej. Teraz wiedzą- albowiem ich o tym poinformowali pewni znakomici lobbyści z Waszyngtonu- że Ameryce ZAGRAŻAJĄ Chińczycy. W Birmie też. A może przede wszystkim.
 
A teraz poważnie. Birma jest miejscem- gdy spojrzeć na mapę, bo bez tego, dobrze nie widać- przez które, prowadzi najkrótsza droga z Chin na Ocean Indyjski. Chiny mają co prawda tysiące kilometrów wybrzeża i setki portów na nim, ale to wszystko od wschodu. Od morza Wschodnio Chińskiego i Południowo Chińskiego. Natomiast posiadanie choćby jednego portu w zatoce Bengalskiej, z jednej strony uniemożliwiło by wrogom Chin, zamknięcie chińskiego handlu z Afryką i Europą poprzez np. blokadę cieśniny Malakka, a z drugiej strony umożliwiło by Chinom łatwiejszy, krótszy i tańszy transport właśnie z/do Afryki i Europy. Z Chin południowych i zachodnich. Jest to więc gra o dużą stawkę.
To jest punkt widzenia strony chińskiej.
 
Teraz amerykański. Nie będą to bzdury, które można usłyszeć w mediach. O chińskim zagrożeniu militarnym. Przeczytawszy moje artykuły do których wskazałem linki, przekonacie się Państwo, ze twarde dane wskazują na bezsens gadania o takim zagrożeniu. Natomiast nigdzie, ale to absolutnie nigdzie, nie pisze się o innym zagrożeniu ze strony Chin. A jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze. I wpływy. Chodzi zatem o rosnący w nieprawdopodobnym tempie HANDEL Chin ze wszystkimi krajami świata. Na wszystkich kontynentach. I co najważniejsze o WYPIERANIE z tradycyjnie amerykańskich rynków tychże Amerykanów. Z każdych rynków. Z Azji Południowo Wschodniej, z Japonii, z Korei Południowej, z Australii, z Indii- które wszak ustawiły sobie Chiny za wroga, Afryki- całej, nawet biednym post kolonialistom nie zostawiwszy piędzi ziemi, z Ameryki Południowej gdzie handel z USA prawie zamarł na rzecz kwitnącego handlu z Chinami, z Europy- gdzie tubylczy „dyplomaci” starają się nie dostać fioła, robiąc szpagat miedzy pieniędzmi które Chińczycy mogą pożyczyć, a niechęcią do tychże. Chińczyków nie pieniędzy. O nie!
 
 Uffff.
 
Słowem mamy wojnę. I to niekoniecznie handlową. Powiedziałbym nawet, że jeśli chodzi o pieniądze, to rządy w USA nie przebierają w środkach. Teraz nie będę nudny i nie będę się powtarzał co powyżej napisałem na temat środków które stosują Amerykanie. W każdym razie od momentu, gdy „wszyscy święci” w USA zadekretowali, że Chiny to wróg, mamy działania również wojskowe. Od prewencyjnych w postaci ustanowienia dużej bazy US Navy i US Army, tudzież Korpusu Piechoty Morskiej w mieście Darwin w zachodniej Australii- raptem 2 miesiące temu, poprzez stacjonowanie okrętów VIII Floty w Indonezji i Filipinach- zupełnie świeża sprawa, wzmacnianie sił garnizonów na Guam, w Korei Płd, Okinawie, Japonii, sprzedaż Japonii znacznej ilości (ok. 45 szt.) najnowocześniejszych samolotów myśliwskich, olbrzymi kontrakt na unowocześnienie samolotów bojowych armii tajwańskiej, umożliwienie Indiom- po dziesięcioleciach starań- zakupu uranu do ...produkcji zabawek. To są DROBIAZGI? To nie są przygotowania do działań zbrojnych? W to nawet wyborcy PO nie uwierzą.
 
Pozostaje pytanie: PO CO TO WSZYSTKO?
Odpowiedź brzmi: TRZEBA ZA WSZELKĄ CENĘ ZABLOKOWAĆ CHIŃSKĄ EKSPANSJĘ HANDLOWĄ .
 
Wszystko, co powyżej napisałem, służy tylko temu. TRZEBA ZABLOKOWAĆ CHIŃSKĄ EKSPANSJĘ HANDLOWĄ na świecie. Zablokować tak skutecznie, żeby można było w efekcie tej blokady odzyskać utracone rynki zbytu, wpływy itd. Rzecz cała jest z tych karkołomnych. Bo jak np. zablokować import z Chin do Ameryki Płd? Jak to zrobić, gdy rząd w Pekinie ma tresaures (obligacje USA) na ponad bilion $? Gdy Europa stoi u drzwi Pekinu i jęczy o pieniądze? Gdy nagłe wstrzymanie importu z Chin do USA, groziłoby ogłoszeniem przez USA BANKRUCTWA!!! No jak to zrobić?????
 
Odpowiedź brzmi- Ja NIE WIEM.
 
Ale wiem, że w Birmie USA robią wszystko, aby preludium do tego „dużego utworu”, tam właśnie się zaczęło. I jest to prosty- w miarę- zestaw czynności. Wydobyć z czeluści zapomnienia bojowniczkę o wolność- a p. Clinton rozmawiała ostatnio z Bojowniczką dwukrotnie, dać wojskowym do zrozumienia – a p. Clinton rozmawiała ostatnio również z generałami- że uzyskają pewne koncesje (już część uzyskali- będą mieli przewodnictwo w ASEAN). Zresztą, we wskazanych powyżej artykułach znawców sprawa birmańskich, w szczególności artykułach prof. Góralczyka, sprawy wewnętrzne Birmy są doskonale przeanalizowane. Nie będę wchodził w nie swoje buty. Natomiast o tym o czym ja piszę- o tym dlaczego w Birmie nagle tak się „ruszyło” i dlaczego, nagle USA po kilkudziesięciu latach przypomniało sobie o tym kraju- nie pisze nikt. Śliski temat.
 
A teraz ta sama bajka widziana z innej strony. Żeby przypadkiem nie wyglądało na to, że Pilch jest taki cholernie mądry. (Bo to że jest, to pewne, ale nie należy się tym za bardzo chwalić. Prawda?) Otóż kilka dni temu był w Rzepie i w Salonie 24 wywiad z Amerykańskim żydem, który wygląda naprawdę- PROWOKACYJNIE- jak amerykański żyd. Nota bene- chciałbym kiedyś móc promować swoją polskość w Izraelu, tak jak On swoje żydostwo w Polsce. Ale nie w tym rzecz. Otóż ten facet, nie wątpię, że inteligentny- jak to żyd- powiedział, że w Waszyngtonie mówi się teraz głównie o najważniejszym kraju świata na B. Myślę, myślę i nic nie mogę wymyślić. Co to za najważniejszy kraj świata na B? Do cholery, co to takiego?
 
BIRMA!!!